O autorze
Zafascynowana ludźmi. Kolekcjonuje niecodzienne historie i niezwykłe słowa. Z przekonania humanistka, z zawodu dziennikarka. Prywatnie chrześcijanka i żona. Najbardziej lubi pisać i śpiewać. Tutaj będzie pisać. Co tu będzie? Refleksje, dygresje, recenzje i inne trudne słowa. Będzie o książkach i filmach, a może nawet o komiksach. O relacjach damsko-męskich. O polityce prorodzinnej lub jej braku. Będzie też o tym, co autorce udało się na te tematy wymyślić lub wydyskutować. Oraz, czasami, o mydle i powidle. Żeby nie było zbyt poważnie.

Zaloty po ślubie?

Chyba coś się komuś pomyliło? Zaloty z definicji następują, a raczej - tradycyjnie następowały przed ślubem, przy czym to mężczyzna starał się o względy i rękę wybranki...

Dziś nie ma już zalotów. Jest chodzenie ze sobą, są wolne związki, friends with benefits, swingersi i różne inne pomysły na to, jak może wyglądać relacja damsko-męska. Oraz damsko-damska i męsko-męska, powinnam być może napisać, gdybym chciała być poprawna politycznie i nie dyskryminować mniejszości, ale na temat relacji innych niż damsko-męska wypowiadać się w ogóle nie zamierzam. Z prostej przyczyny - znam się na tym jak kura na pieprzu. Gdyby ktoś jednak poczuł się dyskryminowany przez fakt, że się na jego temat nie wypowiadam, spieszę z wyjaśnieniem, że tak samo mogą czuć się dyskryminowani fryzjerzy, olimpijczycy, pieski chihuahua oraz obrońcy praw misia koala.



No to sobie wyjaśniliśmy, pora wracać do wątku głównego. Jako się rzekło, zaloty jako zjawisko społeczne zanikły albo przynajmniej są na skraju wyginięcia. Bo teraz my, kobiety, musimy się starać tak samo, jeśli nie bardziej, aby zainteresować i następnie utrzymać przy sobie mężczyznę. Chciałyśmy równouprawnienia, no to je mamy. Relatywnie trudno jest znaleźć odpowiedzialnego faceta zainteresowanego założeniem rodziny, który w dodatku będzie zakręcał pastę do zębów i przynosił nam kwiaty. Zresztą, część społeczeństwa uważa, że w dobie samorealizacji i skupiania się przede wszystkim na własnym rozwoju romantyczne gesty są zdecydowanie passé - a co dopiero zaloty. W tymże samym społeczeństwie liczba rozwodów wciąż rośnie. Właśnie dlatego Zig Ziglar, amerykański trener motywacyjny, proponuje w swojej książce coś, co wydaje się zupełnie na opak. Zaloty PO ślubie (wyróżnienie moje).

Pierwsza myśl, która przychodzi do głowy, to: “Po co?”. Celem zalotów jest zwykle przekonanie do siebie drugiej osoby na tyle, by doprowadziło to do małżeństwa. Ale kiedy już doprowadzi, często okazuje się, że zupełnie nie tak miało być i że trzeba coś zrobić, żeby zaistniałe małżeństwo przetrwało. Dlaczego tak się dzieje? Ziglar tłumaczy to w sposób, który wywołuje westchnienie ulgi i myśl: “Rany, ten facet to zna życie!”. Wyjaśnia, że czujemy się rozczarowani po całych czterech tygodniach małżeństwa dlatego, że najlepszymi kłamcami są osoby starające się przekonać ukochanego lub ukochaną do ślubu. Nie tylko starają się pokazać od najlepszej strony, ale też robią to jak najsprytniej, tuszując niektóre wady. Na te słowa oburzą się pewnie zakochani, ale niestety trudno się z tym nie zgodzić. Zakładam przy tym, że zwykle nie robi się tego świadomie i że zakochanie wydobywa z nas to, co najlepsze - a że to stan przejściowy... Cóż. To, co najlepsze, z czasem traci na intensywności. Dlatego też Ziglar sugeruje, że okres bycia razem przed ślubem powinien trwać co najmniej dwa lata, aby mijający czas pozwolił zweryfikować to, co nam się na temat drugiej osoby początkowo wydawało. Co jednak, jeśli mleko już się wylało i wolelibyśmy jakoś sobie z tym poradzić, niż się rozstawać?

Właśnie w tym dramatycznym momencie Zig Ziglar podaje pomocną dłoń. Mało tego - daje niemalże gwarancję! Można mieć udane małżeństwo i sprawić, by stało się jeszcze lepsze - lub też kiepskie małżeństwo zmienić w udane. Taki jest mój cel i moja obietnica, jaką ci składam. No, czego jak czego, ale pewności siebie odmówić autorowi nie można... Na szczęście, za tą pewnością siebie idą konkrety. Najpierw autor podejmie próbę przekonania czytelnika, że szczęśliwe małżeństwo jest podstawą sukcesu zawodowego i osobistego. Następnie przeanalizuje rozmaite konsekwencje rozwodów i wskaże wartość pełnej rodziny w późniejszym życiu dziecka, by następnie podsunąć rady, jak zacząć od nowa. Ciekawostkę stanowi podrozdział zatytułowany Jak się rozwieść bez poczucia winy. Zawiera instrukcję - czego i w jakiej kolejności spróbować, by mieć pewność, że zrobiło się wszystko dla ratowania związku. W wypadku spełnienia wspomnianych warunków autor rozgrzesza czytelnika, pozwalając mu złożyć pozew rozwodowy bez wyrzutów sumienia. Ciekawe, czy komuś takie “rozgrzeszenie” rzeczywiście pomoże spać spokojnie...

Część poświęcona zaczynaniu od początku zawiera propozycję sześciu kroków, które pomogą odbudować relację. Co istotne - nie jest to sześć pomysłów, ale rzeczywiście sześć kroków, czyli wiadomo, od czego zacząć i na czym skończyć. Ma to na celu “położenie fundamentów” pod późniejsze zaloty. Przy tej okazji Ziglar zauważa trafnie, że relacje dążą do rozpadu, jeśli nie poświęcimy czasu i energii na ich podtrzymywanie. Czytelnikowi gotowemu zainwestować czas i energię proponuje przejście do zalotów. Zachęca, by pewne drobne czynności wykonywać codziennie. Nie ma więc mowy o tym, by wpisać sobie w grafiku “niedziela wieczór - zadbać o relację z żoną”. Jeśli ma to zadziałać, trzeba stale o tym pamiętać i bez taryfy ulgowej wprowadzać zalecenia w życie. I pomyśleć, że na początku znajomości wszystko to było oczywiste i kosztowało dużo mniej wysiłku...

Pozostałe rozdziały traktują o komunikacji, konfliktach, seksualności, przywództwie i innych istotnych kwestiach. Ciekawe, że zestaw praktycznych rad znajduje się bliżej początku książki, a szersze tło uzasadniające potrzebę ich stosowania - raczej za połową...

W moim odczuciu Ziglar zachęca do rzeczy naprawdę rozsądnych. Ciekawym pomysłem, z którym dotąd się nie spotkałam, jest ustalenie zasad sprawiedliwej walki, czyli po prostu kłótni. Służy to temu, by obie strony czuły się szanowane i by szanse na rozwiązanie konfliktu były jak największe. Bardzo wymowny jest tytuł części poświęconej unikaniu pokus prowadzących do niewierności. Rozdział ten zatytułowany jest po prostu: Nie bądź głupi!. Autor zauważa w nim, że początkiem niewierności może być zwykła naiwność czy też brak czujności w sprawach z pozoru błahych, jak choćby lunch z sekretarką. W świecie, w którym należy integrować się z współpracownikami także po godzinach pracy, a niejednokrotnie i w weekendy, zaproponowane tu środki ostrożności mogą się wydawać dziwne czy wręcz śmieszne... ale mogą pomóc. Właśnie dlatego, że opierają się na zasadzie dmuchania na zimne i nieufania do końca samemu sobie. W końcu jesteśmy ludźmi i każdy może się zapomnieć. Jeśli chcemy mieć udane małżeństwo, dobrze by było się nie zapominać, a zatem - nie stwarzać sobie okazji do tego. Gdy popatrzeć na sprawę od tej strony, to postulat, żeby relacje służbowe z płcią przeciwną pozostawały wyłącznie na stopie oficjalnej, przestaje wydawać się zbyt surowy. Zwłaszcza gdy zważyć, że ... w 50 procentach przypadków rozwód jest podyktowany tym, że jedno z małżonków spotkało kogoś w miejscu pracy, a w 70 procentach osoba ta pracowała w pobliżu owego małżonka. Pisząc o tym, Ziglar wysuwa kolejną ciekawą propozycję. Radzi nie zapominać, że jeśli nasz druga połowa pracuje poza domem, to przez cały dzień ma tam do czynienia z ludźmi, którzy prawdopodobnie poświęcili swojemu wyglądowi trochę uwagi przed przyjściem do pracy. Jeśli po powrocie do domu on czy ona widzi nas w powyciąganych dresach, to kontrast może być spory. Autor przestrzega przed odpuszczaniem sobie dbania o siebie. Kieruje te rady szczególnie do kobiet:
Wspominam o tym nie po to, byście przepytywały swojego męża każdego wieczoru, kiedy przekroczy próg - ale jedynie po to, byście się upewniły, że kiedy wraca do domu na spotkanie wychodzi mu najmilsza, najładniej pachnąca i najładniejsza dziewczyna, jaką widział tego dnia. Zaznacza, że powinno to działać w obie strony, JEŚLI żona też pracuje poza domem. I tu bym się pokłóciła. To prawda, że mężczyźni na ogół są wzrokowcami i wygląd ma dla nich duże znaczenie. Jednak: po pierwsze, dla kobiety ważne są szczegóły (takie jak równo obcięte paznokcie). Po drugie - jesteśmy bardziej wrażliwe na piękno, a co za tym idzie, także na jego brak. Po trzecie - nawet jeśli pracujemy w domu, to w prasie i telewizji widujemy niewiarygodnie zadbanych przystojniaków. Pomijając to wszystko, dbanie o siebie jest wyrazem szacunku dla tych, z którymi się przebywa. Więc jeśli mężczyzna do pracy chodzi pod krawatem (starannie dobranym do koszuli), a w domu zamienia się w wymiętego flejtucha, to znak, że dużo bardziej szanuje swoich współpracowników niż żonę. Nie znam kobiety, której byłoby to obojętne. To nieprawda, że wystarczy, żeby mężczyzna był ładniejszy od diabła.

Ziglar obala w swojej książce kilka mitów (chociaż akurat nie ten o mężczyźnie i diable). Czyni to za pomocą liczb i zdrowego rozsądku. Zajmuje się m. in. mitem żony wielozadaniowej, miłością od pierwszego wejrzenia oraz myleniem fascynacji z miłością. Rozwiewa złudzenia i zdejmuje klapki z oczu, ale też opisuje największe radości, jakie mogą stać się udziałem trwałego i kochającego się małżeństwa. Opowiada o małżeństwach swoich bliskich i przyjaciół. Ukazuje piękną perspektywę, która daje dużo nadziei na to, że warto zabrać się do pracy nad związkiem, nawet jeśli początkowo będzie to orka na ugorze. Wydaje się to wiarygodne tym bardziej, że sam przeżył w małżeństwie blisko pół wieku. Nam, dwudziestolatkom wychowanym na pierwszych zupkach instant, taka perspektywa nie bardzo mieści się w głowach. A szkoda, bo może warto tak właśnie spojrzeć na sprawę. Mamy całe życie na to, żeby nauczyć się być ze sobą w sposób dający satysfakcję.

Kiedy przeczytałam parę pierwszych rozdziałów, pomyślałam sobie, że fajnie będzie się pisało o tej książce. Dobrze napisana, treści niegłupie... sama radość. Jednak po dokończeniu lektury stanęłam przed nie lada problemem. Jak opisać coś, z czego trudno wybrać najważniejsze rzeczy? No właśnie. Książka Ziglara to rodzaj kompendium, w dodatku w pigułce. Uwzględniając różne aspekty życia w małżeństwie, zarzuca czytelnika taką ilością praktycznych informacji, że w pierwszej chwili trudno się w tym odnaleźć. Trochę taki kurs pomałżeński czy też poradnik małego skauta na okoliczność zakończenia miesiąca miodowego. Propozycje autora stanowią pewien logiczny ciąg. Bardziej jest to program naprawy relacji, niż zbiór rozważań na ten temat. Taki był właśnie zamysł autora, sądząc po znajdującej się na początku książki dedykacji: Ty... i Ty... możecie zbudować piękne i kochające się małżeństwo. Oto jak.
Trwa ładowanie komentarzy...