Fizyka relacyjna, czyli “Przez śmiech do lepszego małżeństwa”

Mark Gungor w akcji - klatka z nagrania
Mark Gungor w akcji - klatka z nagrania
Był jakiś czas temu taki filmik na YouTube’ie. Na scenie stały dwie kolumienki, na jednej był model głowy damskiej, na drugiej model głowy męskiej, a między nimi chodził i machał rękami sympatyczny facet. Tłumaczył, że w jednej z nich "everything is connected to everything", a w drugiej znajduje się "nothing box".

Wszyscy moi znajomi widzieli, polecali sobie nawzajem, uśmialiśmy się, no i było jak zwykle z filmikami - zaraz potem ktoś podrzucił jakiś inny i zapomnieliśmy o sprawie. Kilka miesięcy później miałam okazję obejrzeć całość, której urywek stanowił wspomniany filmik. Sympatyczny facet okazał się pastorem. Nazywa się Mark Gungor i specjalizuje się w wykładach dla małżeństw, z których jest znany w USA. Jego seminaria zostały nagrane i nieźle się sprzedają. Tytuł brzmi Laugh your way to a better marriage, czyli dosłownie Śmiech twoją drogą do lepszego małżeństwa. Tu krótka dygresja nazewnicza - niektórzy używają nazwy “seminaria”, w języku polskim najczęściej używanym odpowiednikiem są “konferencje”. Można by to również nazwać wykładami, ale moim zdaniem żadne z tych określeń nie oddaje w pełni tego, co Gungor wyczynia na scenie. Widzieliście kiedyś wykład, podczas którego prelegent przemieszcza się po całym podium, macha rękami, naśladuje głosy różnych ludzi i posługuje się rekwizytami, a w którymś momencie przedstawia publiczności swoją żonę? Dużo bardziej odpowiednia wydaje się tu nazwa “widowisko”.

Tytuł wystąpienia Marka Gungora można uznać za adekwatny do treści, bo rzeczywiście jest to dość zabawne. Humor to wprawdzie nie najsubtelniejszy, ale chyba nie do intelektualistów o wysublimowanym guście chce trafić autor i zarazem wykonawca. Utrzymane w stylu kabaretu, dryfujące momentami w kierunku gawędy widowisko ma za zadanie w sposób w miarę bezbolesny przekazać odbiorcom kilka podstawowych praw fizyki relacyjnej. Mowa jest więc o sposobach funkcjonowania męskiego i kobiecego mózgu i o naturalnych predyspozycjach do pewnych zachowań typowych dla płci. A także o tym, jak sobie z tymi różnicami radzić w praktyce. Dość podstawowa wiedza psychologiczna przemycana jest do świadomości odbiorcy za pomocą anegdot, scenek rodzajowych w wykonaniu jednego aktora, a nawet pantomimy. Wszystko po to, by oporni nie zdołali się zorientować, że przyswajają jakąś wiedzę. Taki najwyraźniej jest cel autora - uświadamiać pewne rzeczy nawet tym, którzy preferują błogostan niewiedzy. Nie do końca udaje mu się jednak zamaskować swoje zamiary. Oszustwo, jakkolwiek zręczne, jest jednak grubymi nićmi szyte. Wielokrotne powtarzanie fraz uznanych za najistotniejsze oraz ilustrowanie każdej z nich rozbudowanymi anegdotami już na pierwszy rzut oka zdradza dydaktyczny cel. Wiedza, która z początku wygląda na przekazywaną zupełnie mimochodem, pod koniec jest już w sposób wyraźny wtłaczana, wciskana i uklepywana w głowach słuchaczy. A na wypadek, gdyby nie zrozumieli, tłumaczy im się raz jeszcze i dorzuca się jeszcze jedną historyjkę. Więc jeśli ktoś ma taki pomysł, by posłużyć się tym DVD jako sprytnym sposobem na wytłumaczenie tego i owego swojej drugiej połowie pod pozorem oglądania kabaretu, to ostrzegam: choć trochę inteligentna druga połowa po kwadransie rozpracuje chytry plan.

Obejrzałam pierwszą z trzech części: “Opowieść o dwóch mózgach”. Trwa ona - bagatela - dobre trzy godziny. Jej treść nie odbiega od tego, co można znaleźć w pierwszej książce Johna Gray’a albo usłyszeć na każdym w miarę porządnym kursie przedmałżeńskim. Z “prawd objawionych” głoszonych ze szczerym zapałem przez portorykańskiego kaznodzieję żadna nie była dla mnie nowością. Moją uwagę przykuło natomiast parę ciekawych myśli wypowiedzianych w ramach dygresji. Mimo że nie poszerzyłam sobie specjalnie horyzontów, rozumiem, dlaczego w kręgach protestanckich Gungor robi furorę. Temu, co ma do przekazania, nadaje lekką formę, która nie pozwala się szybko znudzić. Co więcej, jeśli ktoś prezentuje poczucie humoru podobnych lotów, powinien przy oglądaniu świetnie się bawić... a jeśli coś jest zabawne, a przy okazji niegłupie, to czegóż chcieć więcej?

Prawa fizyki relacyjnej wyjaśniane przez amerykańskiego pastora wydają się być dość uniwersalne. Tak samo, jak całe widowisko. Kaznodzieja odnosi się wprawdzie czasem do Pisma Świętego, jednak jedynym przywołanym w pierwszej części cytatem jest werset z Księgi Przysłów traktujący o konsekwencjach posiadania wołu. Nie wydaje mi się, by było w tym coś, co mogłoby urazić uczucia ateistów czy też wyznawców innych religii. Zresztą, we wstępie do swojego seminarium Gungor zapewnia, że jego najwięksi fani są niewierzący. Część druga, zatytułowana Key to incredible sex, może być już trudniejsza w odbiorze dla nie-chrześcijan, ale jest to tylko moje domniemanie, którego nie omieszkam przy najbliższej okazji zweryfikować. Część pierwszą mogą śmiało przyswoić wszyscy, niezależnie od światopoglądu, ponieważ nie opiera się ona na chrześcijańskiej wizji małżeństwa. Niektórzy mogą chcieć uczynić z tego zarzut - czy to dobrze, że pastor, a więc osoba duchowna, której zadaniem jest głoszenie Ewangelii, przekazuje szerokiej publiczności treści w zasadzie uniwersalne? Jedni powiedzą, że niedobrze, drudzy, że wręcz przeciwnie... Ja poprzestanę na wetknięciu kija w mrowisko. I na stwierdzeniu, że tym, którzy spali na kursie przedmałżeńskim, widowisko Gungora polecam. Tym, którzy ni w ząb nie rozumieją płci przeciwnej, polecam również. A jeśli ktoś chciałby tylko zobaczyć, jak duchowny tańczy na scenie, naśladując głosy różnych ludzi, a potem doszukać się gdzieś w tym gimnazjalistów i zrobić z tego aferę, to chyba szkoda trzech godzin z życiorysu.
Trwa ładowanie komentarzy...