O autorze
Zafascynowana ludźmi. Kolekcjonuje niecodzienne historie i niezwykłe słowa. Z przekonania humanistka, z zawodu dziennikarka. Prywatnie chrześcijanka i żona. Najbardziej lubi pisać i śpiewać. Tutaj będzie pisać. Co tu będzie? Refleksje, dygresje, recenzje i inne trudne słowa. Będzie o książkach i filmach, a może nawet o komiksach. O relacjach damsko-męskich. O polityce prorodzinnej lub jej braku. Będzie też o tym, co autorce udało się na te tematy wymyślić lub wydyskutować. Oraz, czasami, o mydle i powidle. Żeby nie było zbyt poważnie.

O seksie po męsku. Portorykański kaznodzieja nie owija w bawełnę

Mark Gungor - klatka z nagrania
Mark Gungor - klatka z nagrania
Dlaczego chrześcijanie robią wokół seksu tyle hałasu? Co to jest "naturalny zdrowy metabolizm seksualny" i dlaczego warto nauczyć wspinania się na palmę? Odpowiedzi na te pytania udziela Mark Gungor w drugiej części widowiska "Przez śmiech do lepszego małżeństwa".

Jakiś czas temu pisałam o części pierwszej, czas opowiedzieć o drugiej i trzeciej. Część druga widowiska "Przez śmiech do lepszego małżeństwa" dotyczy seksu, a dokładniej problemów z tymże. Część trzecia jest o przebaczaniu, albo, jak mówi Gungor: wyzerowaniu. Skupię się na drugiej, ponieważ zrobiła na mnie duże wrażenie, choć nie do końca pozytywne. Portorykański pastor zajmuje stanowisko w sprawie problemów z seksem w sposób bezpardonowy. Nie ma to nic wspólnego z tradycyjnym katolickim ględzeniem o szczególnej delikatności tej sfery życia pełnym metafor tak abstrakcyjnych, że można sobie na ich podstawie wykombinować wszystko. Gungor mówi o seksie po męsku: konkretnie i bez owijania w bawełnę, ale też bez przekraczania granicy dobrego smaku. I to mi się podoba!



Pastor nazywa problemy po imieniu i drwi z tych, którzy nie zadają sobie trudu, by je rozwiązać. Wyśmiewając pewne zachowania, uświadamia słuchaczom, jak absurdalne są ich postawy. Opowiada na wesoło, rozprawiając się w ten sposób ze skrępowaniem widzów. Mówi o problemach typowych i powszechnych. Nie wchodzi w kwestie bardziej złożone. Nie rozwodzi się też nad związkiem całokształtu życia małżeńskiego z jakością seksu. Nie mówi o sytuacjach, w których byłoby dobrze skorzystać z profesjonalnej pomocy. Co więcej, wszystkich terapeutów i seksuologów wrzuca do jednego worka, nazywając ich - cytuję: "bandą idiotów". A wszystko z powodu głoszonych przez nich teorii o pożyteczności romansów i pornografii dla życia seksualnego.

Rozumiem, że można się z tymi teoriami nie zgadzać... ale jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby w tak wielkim kraju jak USA nie było terapeutów, którzy nie karmią swoich pacjentów treściami niebezpiecznie przypominającymi dialogi z oper mydlanych. Gungor zwraca jednak uwagę na ciekawą rzecz - wyroczniami w sprawach seksu są obecnie wspomniani specjaliści i... hollywoodzkie gwiazdy, czyli "ludzie, którzy nie potrafią wytrwać w jednym małżeństwie dłużej niż trzy miesiące". I znów - nie wydaje mi się, żeby wszyscy aktorzy i piosenkarze żyli w ten sposób, ale kaznodzieja słusznie zauważa absurd tej sytuacji. Przedstawia też wywód, który nazywa naukowym dowodem na to, że pornografia nie zapewnia fantastycznego seksu. Główny problem ze "świerszczykami" diagnozuje w ostrych słowach: "pornografia zmieniła romantycznych kochanków w egoistyczne świnie". Ma tu na myśli tendencję do koncentrowania się na swoich potrzebach i zachciankach, bez uwzględniania pragnień drugiej strony.

To, co wydaje mi się interesujące, to fakt, że Gungor argumentuje zasadność chrześcijańskiego podejścia do seksu, nie używając słów: grzech, wina, dobre, złe. Mówi o tym w zupełnie innych kategoriach: celowości i sensowności. Pokazuje konsekwencje rewolucji seksualnej, nie oceniając ich w kategoriach dobra i zła. Wyjaśnia, dlaczego jego zdaniem warto stosować się do wymagających zaleceń dekalogu - podaje konkretne korzyści z tego płynące. Nie wpędza swoich widzów w poczucie winy, nie odwołuje się do ich sumienia. Zamiast tego tłumaczy, co można zyskać. Nie powstrzymuje się od nazywania pewnych zachowań głupotą, ale unika moralizowania. Może po to, żeby nie zniechęcać?

Przy całym moim uznaniu dla portorykańskiego kaznodziei jednej rzeczy nie mogę mu wybaczyć. Czyta "Pieśń nad pieśniami" jak książkę pornograficzną. Bardzo dosłownie. Złożoną symbolikę sprowadza do brutalnych konkretów. Chciałabym polecić mu "Pachnidła" o. Adama Szustaka OP jako odtrutkę na takie rozumienie tej księgi; niestety, konferencje nie doczekały się tłumaczenia na angielski. Takie czytanie tej księgi moim zdaniem jest na granicy profanacji, a już na pewno odziera ją z wielowarstwowych sensów, tajemnicy i tego wszystkiego, co stanowi jej największe bogactwo. I nie twierdzę tak dlatego, że jestem pruderyjna i że przeszkadzałoby mi, gdyby Biblia rzeczywiście opisywała akt seksualny (jak twierdzi Gungor). Ale przeszkadza mi daleko posunięte uproszczenie i sprowadzenie "Pieśni nad pieśniami" do roli podręcznika kamasutry, bo to jest dużo więcej - cały traktat teologiczny o miłości Boga do człowieka i człowieka do człowieka w siedmiu krótkich rozdziałach. Traktat, który można rozważać i smakować długimi miesiącami.

Wypomniałam już pastorowi okrutne potraktowanie mojej ulubionej księgi, mogę więc dodać kilka słów o części trzeciej. Nawołuje ona do przebaczenia, które jest warunkiem udanego małżeństwa. Brak przebaczenia przyrównany zostaje do picia trucizny w nadziei, że druga osoba zginie. Podoba mi się to porównanie... i właściwie za jego pomocą można streścić ostatnią część widowiska. Nic dodać, nic ująć.

Jak to podsumować? Wywody skaczącego po scenie Portorykańczyka wydają się dużo zabawniejsze, kiedy ogląda się widowisko w kilka osób. Ale i tak najśmieszniejszy jest Gungor wtedy, kiedy zaczyna się śmiać sam z siebie... Mimo tego śmiechu diagnoza, jaką stawia amerykańskiemu społeczeństwu, jest brutalna i kontrowersyjna, podobnie jak kontrowersyjne jest mieszanie z błotem wszystkich seksuologów razem wziętych. W niektórych sprawach trudno mi się z nim nie zgodzić. A już na pewno sposobu mówienia o sferze intymnej mogliby się od niego uczyć prowadzący kursy przedmałżeńskie i im podobni. Wbrew temu, co się może wydawać, nazwanie problemów po imieniu niejednokrotnie budzi mniejsze zakłopotanie niż konieczność domyślania się, co się kryje pod metaforą. A z pewnością zapobiega nieporozumieniom. Widowisko poleciłabym więc małżonkom, katechetom... i wszystkim tym, którzy nie mogą pojąć, dlaczego u licha ciężkiego chrześcijanie robią wokół seksu tyle hałasu.
Trwa ładowanie komentarzy...